Let’s make things Groovy

Jakiś czas temu przeczytałem artykuł (http://steve-yegge.blogspot.com/2007/12/codes-worst-enemy.html) w którym autor dość nieprzychylnie wyrażał się o Javie jako języku programowania. Mimo, że nie całkiem zgadzam się ze wszystkim co zostało tam napisane to jednak zacząłem zwracać uwagę na to ile kodu wymaga Java nawet do najprostszych rzeczy. Zerknijmy sobie na prosty przykład – bardzo standardowe “Hello World”:

public class Main {
  public static void main(String[] args) {
    System.out.println("Hello World!");
  }
}

Już patrząc na samą instrukcję System.out.println() odnosi się wrażenie, że to jest dużo pisania jak na tak prostą funkcję. Dla porównania możemy spojrzeć na kod Pythona:

print "Hello World"

Super! Krótko zwięźle i na temat. Problem w tym, że my znamy się dobrze na Javie i potrafimy używać przeróżnych bibliotek do tego języka, a w dodatku nie znosimy nazewnictwa metod w takiej_postaci() preferując raczej postaćTakową(). No dobra, może nie wszyscy mają takie uprzedzenia ale ja na pewno tak :) (na pewno nie wydaje się wam, że Python ma za dużo __podkreśleń__?). A jeśli to nie jest problem to może brak standardu dla dokumentacji Pythonowej? Lub to, że część bibliotek dla Pythona dokumentacji nie ma wcale lub sprowadza się ona po prostu do listy wszystkich klas i metod, które czasem są opatrzone lapidarnym komentarzem? (mówię o czymś w stylu: get_none() – w dokumentacji przeczytamy returns None…)

Jeśli chcecie teraz zaproponować mi Jythona to dajcie sobie spokój. Byłem, sprawdziłem, nie podoba mi się :) Najbardziej odrzuca mnie czas startu ale samo tempo pracy również nie powala. Możecie mi wierzyć, że bardzo chciałem sprawić by Python stał się moim językiem ojczystym do programowania, ale ostatecznie zawsze wracałem do Javy.

Potem odkryłem Groovy

O Groovy słyszałem już wcześniej. Nikt jednak nie wydawał się podekscytowany tym językiem i nikt nie zwracał na niego większej uwagi. W takim razie, pomyślałem, ja też nie będę. Ostatnio jednak w wyniku poszukiwania języka innego niż Java ale działającego na JVM (chodziło mi o kompatybilność z bibliotekami) postanowiłem zabrać Groovy na jazdę testową.

To była chyba najbardziej inspirująca zabawa z kodem odkąd zacząłem programowanie! W ciągu weekendu przeczytałem wszystkie interesujące mnie rzeczy dotyczące języka (głównie – co jest tu innego niż w Javie, wszelkie metaprogramowanie oraz ciekawostki na które się natknąłem jak np. DSL w Groovy). Najciekawsze jednak było to, że czułem się jakbym odkrył nowe możliwości w czymś co znam już od dawana. Pisałem po prostu w Javie ale wykorzystywałem dodatkowe możliwości, które zupełnie zmieniły styl kodu i wygodę programowania.

Co jest wartego uwagi w Groovy?

Przede wszystkim – jest to język dynamicznie typowany, choć trzeba zaznaczyć, że jest to nieco ciekawsze niż w przypadku Pythona gdyż możemy podawać typy analogicznie jak w Javie:

// Przykład 1
def greet(String who) {
  println "Hello $who!"
}

def greet2(who) {
  println "Hello $who!"
}

greet("Groovy")
greet2 "Groovy"
greet2 12345

W tym przykładzie widać kilka nietypowych dla Javy konstrukcji, ale zacznijmy od tematu omawianego wcześniej. Mamy zdefiniowane dwie funkcje. Pierwsza z nich posiada zastrzeżenie, że argument who musi być typu String. Próba wywołania takiej metody z argumentem innego typu skończy się wyrzuceniem odpowiedniego wyjątku (oczywiście w czasie wykonania programu). Druga funkcja nie posiada takiego ograniczenia i w tym wypadku możemy podawać właściwie dowolne obiekty. Oczywiście możemy również określić typ zwracany przez funkcję podając typ pomiędzy słowem kluczowym def a jej nazwą.

Dodatkowo w funkcjach i metodach nie musimy używać słowa return (zazwyczaj) gdyż ostatnia wartość jest tą zwracaną. To oznacza, że jeśli napiszemy funkcję, która kończy się linijką zawierającą po prostu liczbę: 25 to ta liczba będzie wartością całej funkcji (chyba, że wcześniej użyto słowa kluczowego return).

Kolejne niespodzianki czekają na nas już w linii numer 2! Zamiast przydługiego System.out.println mamy po prostu println. Mimo, że bardzo przypomina to trochę rozwiązanie zastosowane w języku Python wcale takie nie jest. Tak na prawdę wywoływany jest stary dobry System.out.println. Groovy przy starcie globalnie importuje statycznie wspomnianą metodę. Efekt jest dokładnie taki jakbyśmy napisali na początku każdej klasy Javy:

import static System.out.println;
// wówczas można tej metody używać tak:
println("Hello World");

Dodatkowo Groovy automatycznie importuje kilka przydatnych rzeczy do każdego kompilowanego pliku:

import java.lang.*;
import java.util.*;
import java.net.*;
import java.io.*;
import java.math.BigInteger;
import java.math.BigDecimal;
import groovy.lang.*;
import groovy.util.*;

Idąc dalej w drugiej linijce kodu zauważymy, że argument tej metody nie znajduje się w nawiasie. Jest to oczywiście uproszczenie wprowadzone w Groovy, żeby pozbyć się niepotrzebnych znaków z kodu przez co ma on stać się czytelniejszy. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, żeby nawiasów używać. Możemy zatem napisać: println(“Hello World”). Jedyny zgrzyt może pojawić się gdy chcemy wywołać funkcję lub metodę nie posiadającą argumentów. Wówczas kod wygląda identycznie jak dostęp do pola klasy, a jeśli Groovy go nie znajdzie to rzuci wyjątkiem informującym, że takiego pola nie ma. Ja preferuję pisanie nawiasów wszędzie (z wyjątkiem println [nie wiem czemu]) dlatego, że w innym wypadku moim zdaniem kod wygląda niespójnie.

Kontynuując naszą podróż po linijce numer 2 natrafimy na $who w środku stringa. Jest to kolejny cukierek od Groovy. Możemy w ten sposób wstawiać dowolne wartości do ciągu znaków. Co jest jeszcze ciekawsze? Oczywiście to, że dodając klamry możemy w ten sposób wykonać w międzyczasie dowolny kod Groovy:

println "Test: ${def b = 30; ++b}"
// Wyświetli: "Test: 31"

Docierając do końca 2 linijki możemy zauważyć brak średnika. Jest on oczywiście opcjonalny. Niektórym się to podoba, innym nie, ale to nie ma większego znaczenia – każdy pisze jak mu się podoba :) Warto jednak pamiętać, że średnik rozdziela instrukcje i, tak jak w powyższym przykładzie, czasami może się przydać.

Coś więcej?

Hmm… znajdzie się więcej :) Prawdziwą siłą Groovy są domknięcia (ang.: Closures – tak po polsku brzmi jakoś głupawo). Domknięcie jest, ujmując to najprościej, kawałkiem kodu, który nie ma nazwy i może być wywołany zupełnie jak funkcja. Deklaruje się je przy pomocy klamer {}. Do czego można je wykorzystać? Całkiem fajny przykład podał Andrew Montalenti w swoim poście i pozwolę sobie go przytoczyć:

["Rob", "Christopher", "Joe", "John"].findAll{ 
  it.size() < = 4 
}.each { 
  println it 
}
// ==> prints "Rob", "Joe" and "John"

Groovy dodaje kilka przydatnych metod do pracy na tablicach i listach (m. in. findAll i each). Być może niektórym z was przypomina to trochę jQuery – i dobrze :) W tym przykładzie po prostu mówimy, że chcemy znaleźć wszystkie elementy tablicy, których długość jest mniejsza od 4, a potem każdy z nich wyświetlić. Tak na prawdę ten opis jest zupełnie zbędny bo nawet źrednio rozgarnięty programista nawet nie znający Groovy zrozumie o co tu może chodzić :)

Closures w Groovy są traktowane trochę specjalnie. Jeśli metoda jako ostatni argument posiada właśnie domknięcie to może ono być podane poza nawiasem tej metody. To znaczy, że mając:

// metoda wywoluje domknięcie z parametrem s
def metoda(String s, Closure c) {
	c(s);
}

Możemy użyć takiej metody na dwa sposoby:

metoda("hello", { println it })

metoda("hello") { println it }

Polecam jednak odwiedzić stronę Groovy i poczytać więcej. Jeśli ktoś zna już Javę to nauka Groovy jest stosunkowo bezbolesna. Właściwie jest to wręcz przyjemność bo możemy zamienić często długi kod javy na krótsze odpowiedniki w Groovy.

A wydajność?

Są pewne argumenty przeciw używaniu Groovy. Jak każdy język dynamiczny posiada on pewien narzut obliczeniowy, który powoduje, że jest on wolniejszy niż zwykła Java. Jak dotąd w celu zwiększenia wydajności pewnej częśći kodu można było użyć adnotacji @CompileStatic. Niestety użycie jej mogło spowodować, że kod zachowa się nieco inaczej niż byłoby to w Groovy.

Na nasze szczęście przyszła Java 7, a wraz z nią JVM uzyskał nową funkcję o nazwie InvokeDynamic. Powinna ona pozwolić Groovy na znaczne zbliżenie się do wydajności Javy. Na razie nie ma tego wiele, ale niektórzy twierdzą, że jego wykorzystanie faktycznie poprawiło znacząco predkość.

Nie obiecuję, że jeszcze napiszę coś o Groovy bo zawsze kiedy coś podobnego obiecuję to ostatecznie i tak tego nie robię :) Dlatego po prostu miejmy nadzieję, że się uda ;)

Wake on LAN i wybór systemu multiboot

Dlaczego?

Ostatnio zauważyłem pewien problem z wykorzystaniem Wake On LAN. Włączanie systemu przez sieć przy użyciu telefonu komórkowego jest bardzo wygodne zwłaszcza jeśli mogę to zrobić będąc jeszcze przed domem ;) Dyskretnie omijając temat tego czy to zdrowe (zarówno fizycznie jak i psychicznie) przejdę od razu do rzeczy.

Problem nie jest zbyt skomplikowany. Uruchamiając komputer przez Wake On LAN (dalej WOL) chciałbym jednocześnie określić, który system ma się uruchomić. Pierwsze pobieżne próby i internetowe poszukiwania gotowych rozwiązań pokazały mi, że nie da się tego zrobić. Bardziej wnikliwe spojrzenie na sprawę pozwoliło znaleźć na pewne rozwiązanie (niestety nie udało mi się ponownie znaleźć tego linka :( ), które działało następująco:

  1. Uruchomienie domyślnego systemu
  2. Zmodyfikowanie w nim domyślnego systemu wybranego w GRUBie
  3. Zrestartowanie maszyny

Nie trzeba być biegłym w technice komputerowej żeby zrozumieć, że takie rozwiązanie jest mało satysfakcjonujące. Chociażby dlatego, że uruchomienie maszyny trwa o wiele dłużej niż normalnie. Innym problemem jest też dostęp do konfiguracji GRUB. Zazwyczaj jest on na partycji EXT2, a w Windows (zwłaszcza nowszych) niełatwo znaleźć oprogramowanie pozwalające modyfikować takie partycje.

Pomyślałem więc:

Obrazek

i zacząłem zgłębiać temat. Początkowo naiwnie wierzyłem, że skoro GRUBv2 jest taki świetny i tak wiele potrafi to zapewne da się z niego jakoś pogadać z siecią lub coś w tym stylu. Byłoby to rozwiązanie najprostsze. Niestety po przejrzeniu znakomitej większości jego dokumentacji stwierdziłem, że jednak takiej możliwości nie ma.

Ostatecznie zwróciłem swój wzrok na PXE. Nie ukrywam, że byłem już nieco zrezygnowany ponieważ pomyślałem, że skoro nie znalazłem wzmianki o takim jego wykorzystaniu do tej pory to zapewne i z tego niewiele wyjdzie.

Ku mojemu zaskoczeniu PXELINUX wchodzący w skład projektu Syslinux podołał temu zadaniu. Należy jednak wspomnieć, że do korzystania z PXE potrzebne są działające i odpowiednio skonfigurowane serwery DHCP oraz TFTP. Te do działania potrzebują pewnego sprzętu. DHCP co prawda każdy ma w domu działające na jego routerze, ale rzadko daje się je konfigurować w odpowiednim stopniu. Co do TFTP to jest ono chyba praktycznie niespotykane w domowych routerach.

Na moje szczęście sam posiadam router z wgranym oprogramowaniem DD-WRT. Jest to router oparty na Linuksie więc możemy się na niego zalogować poprzez SSH i konfigurować wszystkie usługi wedle uznania. Można także uruchomić na nim serwer TFTP, ale ja nie skorzystałem z tej opcji ze względu na to, że mój biedny router posiada jedynie 16MB pamięci RAM. Nie chciałem go obciążać dodatkowymi usługami więc do tego celu wykorzystałem zakupione całkiem niedawno Raspberry Pi. Po moim przydługim wstępie proponuję przyjrzeć się następnej sekcji by zobaczyć “jak to jest zrboione”.

Konfiguracja

Wykorzystany sprzęt:

  • Komputer docelowy
  • Raspberry Pi
  • Router z oprogramowaniem DD-WRT

Zacząć należy od poprawnej konfiguracji serwera DHCP. Najpierw ustawiłem serwer w taki sposób aby Raspberry Pi zawsze otrzymywało adres IP 192.168.0.98. W DD-WRT można to zrobić łatwo poprzez stronę konfiguracyjną routera. Następną rzeczą było dodanie do konfiguracji opcji potrzebnych do uruchomienia PXE. Na DD-WRT działa uproszczony serwer udhcpd, który posiada niestety zupełnie inną składnię pliku ustawień niż znany i lubiany dhcpd. Tak czy inaczej wszystko sprowadza się do podania pewnych wartości poprzedzonych odpowiednimi słowami kluczowymi. W tym przypadku znów można było użyć strony konfiguracyjnej DD-WRT aby wpisać następujące wartości:

boot_file pxelinux.0
siaddr 192.168.0.98
sname rpi

Ostatecznie strona z konfiguracją wygląda tak:

Obrazek

Kolejną rzeczą jest odpowiednie ustawienie serwera TFTP. W tym celu zalogowałem się na Raspberry Pi i wykonałem polecenia:

root@raspberrypi# apt-get install tftpd xinetd rcconf
root@raspberrypi# rcconf

W ten sposób zainstalowałem serwer tftpd, superserwer (jak go nazywają) xinet.d, oraz narzędzie do konfiguracji autostartu usług. Drugie polecenie wyświetli nam listę wszystkich usług, które startują razem z systemem. Jeśli przy xinet.d nie ma gwiazdki to należy spacją sprawić aby była i zapisać zmiany.

Następnie należy skonfigurować xinet.d tak aby obsługiwał tftpd. W tym celu należy utworzyć plik: /etc/xinet.d/tftpd i wpisać do niego treść:

service ftp {
disable = no
socket_type = stream
protocol = tcp
wait = yes
user = nobody
server = /usr/sbin/in.ftpd
server_args = /tftpboot
port = 69
}

Ostatecznie pozostaje już tylko zrestartować superserwer i utworzyć katalog główny dla tftpd:

root@raspberrypi# service xinet.d restart
root@raspberrypi# mkdir /tftpboot
root@raspberrypi# chown pi:users /tftpboot

Po przygotowaniu serwerów przyszedł czas na dodanie infrastruktury PXE. Na początek należy pobrać najnowszą paczkę z Syslinux. Można to zrobić pod tym adresem, ale dla mnie o wiele wygodniej było po prostu zainstalować paczkę syslinux w moim Archu:

morti@radon$ sudo pacman -S syslinux

Jestem pewien, że dla Ubuntu i wszystkich pozostałych dystrybucji również taka paczka będzie. Polecenie zaowocowało utworzeniem katalogu /usr/lib/syslinux wraz z interesującą zawartością, choć mnie interesowały tylko niektóre pliki które skopiowałem na Raspberry Pi do katalogu /tftpboot:

morti@radon$ cd /usr/lib/syslinux
morti@radon$ scp pxelinux.0 vesamenu.c32 chain.c32 pi@rpi:/tftpboot/

Pierwszy ze skopiowanych plików (pxelinux.0) jest wymagany, żeby PXE w ogóle wystartowało. Kolejne dwa to obiekty com (przynajmniej tak się do nich odnoszą na wiki syslinuxa). Pierwszy z nich pozwoli nam oglądać piękne graficzne menu (zupełnie jak przy GRUBie), a drugi – załadować Windowsa (o czym za chwilkę).

Pójdźmy teraz z powrotem na Raspberry Pi i utwórzmy podstawowy plik konfiguracyjny. (Dla ułatwienia pracy do testów serwera PXE wykorzystuję maszynę wirtualną o adresie MAC: 08:00:27:6E:6B:99):

pi@raspberrypi$ mkdir /tftpboot/pxelinux.cfg
pi@raspberrypi$ cd /tftpboot/pxelinux.cfg
pi@raspberrypi$ touch 01-08-00-27-6e-6b-99
pi@raspberrypi$ touch default.virtual
pi@raspberrypi$ touch graphics.conf

Powyżej utworzyłem katalog, a w nim trzy pliki. Pierwszy z nich to plik konfiguracyjny dla mojej wirtualnej maszyny. Jak widać nazwa to po prostu adres MAC poprzedzony 01 na początku. Istotnym okazał się fakt, że cyfry szesnastkowe muszą być literkami małymi.  Drugi plik będzie modyfikowany przez zewnętrzne skrypty i będzie zawierał wpis dotyczący tego, który z systemów zostanie wybrany domyślnie. Ostatni z plików to już tylko konfiguracja wyglądu, którą włączymy sobie do pliku głównego.

Zaczynając ponownie od początku zdefiniujmy zawartość pliku o dziwnej nazwie:

PROMPT 0
UI vesamenu.c32
TIMEOUT 100

MENU TITLE Moje cudowne menu!
MENU AUTOBOOT System wystartuje za # sekund…

MENU INCLUDE  pxelinux.cfg/graphics.conf
MENU INCLUDE pxelinux.cfg/default.virtual

label localhdd
menu label ^Pierwszy dysk twardy
kernel chain.c32
append hd0

label windows
menu label ^Windows 7
kernel chain.c32
append hd0 2

Na początku ustawiamy aby system nie pytał użytkownika, który system uruchomić. Opcja PROMPT sprawiła mi trochę problemów. Przecież chciałem mieć ewentualnie wybór manualny. Później okazało się, że działa nieco inaczej niż zakładałem. Na początku użytkownik nie jest pytany i uruchamiany jest zdefiniowany niżej moduł vesamenu.c32, który wyświetla menu graficzne, w którym z kolei można już bez problemu wybrać żądany system. Dalej ustawiany jest timeout na 10 sekund (tak to jest wartość 100). Oczywiście określa to ilość czasu jaką użytkownik ma na ewentualną reakcję. Dalej zdefiniowane są mało istotne w tym wypadku tytuł menu oraz tekst informujący za ile sekund zostanie wybrana opcja domyślna, a po nich załączane są pliki z konfiguracją wyglądu ekranu bootloadera oraz domyślnie wybraną opcją do uruchomienia.

Prawdziwie interesujące rzeczy znajdują się niżej. Zdefiniowane są tutaj dwa wpisy. Pierwszy uruchamia bootloader z pierwszego dysku twardego, który w moim przypadku wywołuje GRUBa domyślnie ustawionego na start Arch Linuksa. Drugi wpis uruchamia system Windows bezpośrednio z drugiej partycji pierwszego dysku twardego. Oba wpisy zrealizowane są w podobny sposób i korzystają z modułu chain.c32, który pozwala po prostu przekazać sterowanie dalej.

W tej chwili wystarczy do pliku /tftpboot/pxelinux.cfg/default.virtual wpisać zawartość default localhdd lub default windows i oczywiście ustawić w maszynie wirtualnej aby uruchamiała się przy użyciu PXE. Naszym oczom powinno ukazać się menu zezwalające na wybór jednej z dwóch opcji z jedną z nich oznaczoną jako domyślną. Ostatecznie, żeby nie biły nas po oczach domyślne, bardzo niefortunnie dobrane kolory, pxelinuxa możemy wypełnić treścią plik /tftpboot/pxelinux.cfg/graphics.conf:

MENU COLOR tabmsg 37;40      #80ffffff #00000000
MENU COLOR hotsel 30;47      #40000000 #20ffffff
MENU COLOR sel 30;47      #40000000 #20ffffff
MENU COLOR scrollbar 30;47      #40000000 #20ffffff
MENU BACKGROUND blue.png
MENU MASTER PASSWD yourpassword
MENU WIDTH 80
MENU MARGIN 22
MENU PASSWORDMARGIN 26
MENU ROWS 6
MENU TABMSGROW 15
MENU CMDLINEROW 15
MENU ENDROW 24
MENU PASSWORDROW 12
MENU TIMEOUTROW 13
MENU VSHIFT 6
MENU PASSPROMPT Podaj haslo:
NOESCAPE 1
ALLOWOPTIONS 0

Powyższa konfiguracja zakłada istnienie pliku /tftpboot/blue.png o wymiarach 640×480 pikseli.

Jedyne co pozostało to utworzyć analogiczną konfigurację dostosowaną do każdego komputera wymagającego takich zabiegów i przestawienie ich w tryb bootowania przez PXE. Zapewne pomocnym byłoby utworzenie dodatkowo skryptów, które zmieniają plik /tftpboot/pxelinux.cfg/default.virtual (lub podobny – dla każdej maszyny inny) oraz wysyłają magiczny pakiet WOL do sieci lokalnej.

W taki sposób utworzyłem sobie konfigurację, która pozwala uruchomić jeden z zainstalowanych lokalnie systemów operacyjnych. Zaletą takiego rozwiązania jest to, że w przypadku gdy zepsuję sobie na przykład bootloader to wystarczy, że przez PXE uruchomię np. Tiny Core Linux i będę mógł bez problemów wszystko naprawić. Nigdy więcej poszukiwań LiveCD ;) Choć zapewne lepiej nic nie psuć…

Dalsze plany

Nie trzeba być specjalnie bystrym, żeby zobaczyć, że takie rozwiązanie jest dalekie od ideału. Musiałbym się zalogować na Raspberry Pi za każdym razem kiedy chcę uruchomić odpowiedni system operacyjny. Nie jest to zbyt wielkie ułatwienie w stosunku do tego co było wcześniej :) Z tego powodu planuję rozszerzyć funkcjonalność tego zestawu o dwie rzeczy.

Pierwszą z nich będą dwa fizyczne przyciski podpięte pod Raspberry Pi. Oba będą włączać mój komputer stacjonarny, ale każdy z nich będzie ustawiał inny system operacyjny do uruchomienia. To już będzie duży zysk dla mnie ze względu na to, że przycisk włączania komputera mam głęboko pod biurkiem, a oczekiwanie na pojawienie się GRUBa w celu wyboru systemu po prostu mnie nie cieszy ;) Nie raz już zdarzyło się, że restartowałem system dlatego, że uruchomił się nie ten, który chciałem. (Oczywiście po tym znów odchodziłem od komputera i ponownie włączał się ten, którego nie chciałem ;) )

Druga funkcjonalność będzie o wiele zabawniejsza ponieważ mam zamiar utworzyć Jabberowego bota, któremu będę mógł przez komunikator internetowy z innego komputera lub z telefonu wywołać procedurę uruchamiania odpowiedniego systemu.

Myślę, że takie ustawienie będzie dość wygodne w użytkowaniu. Jeśli kogoś to nie przekonuje i nie widzi potrzeby takiego cudowania, by po prostu uruchomić system operacyjny to… trudno ;) Różni ludzie mają różne potrzeby :)

Jak już uda mi się stworzyć opisane powyżej rozszerzenia to zapewne zaprezentuję je w jakimś kolejnym wpisie, ale nie spodziewałbym się tego zbyt szybko ^^.

Ubuntu, dwa monitory – disper, starcie drugie!

Wcześniej napisałem post o tym jak w prosty sposób zmieniać monitory w Ubuntu (i właściwie dowolnym Linuxie). Dzisiaj chciałbym rozwinąć nieco temat ponieważ samo łatwe zmienianie ekranu przestało mi wystarczać ;)

Sprawa wygląda następująco: Posiadam dwa monitory o różnej wielkości. System po uruchomieniu wykorzystuje tylko jeden monitor ze względu na to, że przez większość czasu i tak nie jest mi potrzebny drugi. No i nie zapominajmy o mniejszych rachunkach za prąd!

Problem

Gdyby oba monitory były takiej samej wielkości to na tym można by skończyć. Jest jednak inaczej. Dzisiaj po zainstalowaniu Cairo Dock postanowiłem sprawdzić jak poradzi sobie z dynamiczną zamianą monitorów. Okazało się, że nie najlepiej. Moje monitory wirtualnie skonfigurowane są następująco:

Generalnie utworzony jest jeden duży pulpit (2704 x 1050) i monitory są jedynie “oknami” do patrzenia na jego części. Z takim rozwiązaniem stowarzyszone są dwa podstawowe problemy:

  • kiedy myszką wyjedziemy w obszar szary znika ona z pola widzenia,
  • pasek zadań wyrównany do dołu i do lewej chowa się w szarej strefie i nie da się go obsługiwać.

Pierwszy problem może być uciążliwy jeśli na dole lewego monitora mamy pasek zadań. Trafienie w niego staje się nie lada wyzwaniem, ponieważ nie wystarczy tylko beztrosko przeciągnąć myszy w dół ekranu. Jeśli chodzi o ten drugi to sprawa wygląda jeszcze gorzej jeśli (tak jak w moim przypadku) pasek częściowo wychodzi jeszcze na większy monitor (po zmianie z jednego na dwa).

Jednak jeśli na dwóch monitorach wyłączyłem i uruchomiłem jeszcze raz Cairo Dock to ładnie rozkładał się on na lewym monitorze (można też skonfigurować go do uruchamiania na prawym). Jedyne co pozostało to po przełączeniu monitorów po prostu uruchomić ten program jeszcze raz. Ale zawsze robić to ręcznie? Nieeeee, przecież mamy Linuxa ;)

Rozwiązanie

Jak się okazuje, disper pozwala w katalogu ~/.disper/hooks  (gdzie ‘~’ to katalog domowy użytkownika) przechowywać haki, czyli skrypty lub programy, które wykona po zmianie rozdzielczości. Możemy utworzyć zatem prosty skrypt, który po prostu zabije proces Cairo Dock i później uruchomi go ponownie. Będzie on wyglądać pewnie tak:

#!/bin/bash
killall cairo-dock
cairo-dock &> /dev/null &

Oczywiście musi być umieszczony w katalogu ~/.disper/hooks i może się nazywać dowolnie. To jednak niestety nie wszystko. Trzeba jeszcze powiedzieć disperowi żeby uruchamiał ten plik po swoim działaniu. Robi się to dodając przy jego uruchamianiu parametr –plugins=user. Czyli program wywołamy na przykład tak:

disper -e --prefix=user

To rozwiąże nam problem paska. No ale oczywiście nie chcemy podawać tego parametru za każdym razem. Disper i tutaj wyszedł nam na przeciw. Możemy bowiem w jego pliku konfiguracyjnym znajdującym się w ~/.disper/config wpisać w każdej linii jeden parametr, który chcemy by był dodawany do każdego wywołania programu. Wystarczy zatem w konsoli wywołać polecenie:

echo "--prefix=user" >> ~/.disper/config

To tyle jeśli chodzi o sam pasek. Pozostaje jednak jeszcze problem myszy. Tutaj z pomocą przyjdzie nam inny program, o wiele mówiącej nazwie XCreateMouseVoid. Jego głównym (i jedynym) zastosowaniem jest tworzenie pojedynczego prostokątnego obszaru, do którego nie będzie można wjechać kursorem myszy. Pomysł jest zatem taki, żeby wypełnić całą szarą strefę takim właśnie obszarem. Wtedy miejsce dostępne do hasania kursorowi będzie odpowiadało temu co widzimy na monitorach i o to chodzi.

Aby program uruchomić należy go ściągnąć i skompilować. Sprawa jest jednak nadzwyczaj prosta i jak zwykle konsola sprawi, że życie jest przyjemniejsze:

sudo -i
(podajemy swoje hasło użytkownika)
apt-get install build-essential git
cd /opt
git clone https://github.com/cas--/XCreateMouseVoid.git
cd XCreateMouseVoid
make

I tyle. Teraz, żeby utworzyć przestrzeń wolną od ruchu kursora wystarczy wywołać program z odpowiednimi parametrami:

/opt/XCreateMouseVoid/XCreateMouseVoid 0 768 1024 1050

I teraz nie ma już problemów z uciekającym kursorem. Jedyne co pozostało to dodać powyższą linię do naszego skryptu w ~/.disper/hooks i wszystko załatwione. W razie gdyby przyszło mi do głowy później wykonywanie jakichś akcji przy przełączaniu monitorów rozwinąłem trochę skrypt do czegoś takiego:

#!/bin/bash
function common()
{
 killall XCreateMouseVoid
 killall cairo-dock 
 cairo-dock &> /dev/null &
}
function one()
{
 common
}
function two()
{
 common
 /opt/XCreateMouseVoid/XCreateMouseVoid 0 768 1024 1050 &> /dev/null &
}
function more()
{
 common
}
set $DISPER_DISPLAYS
if [ $DISPER_STAGE != "switch" ]; then
 exit 0;
fi
case "$#" in
 "1") one ;;
 "2") two ;;
 *) more ;;
esac

Ogólnie jego działanie jest dosyć proste. Za każdym razem gdy przełączamy monitory zabijane są XCreateMouseVoid i cairo-dock oraz uruchamiany jeszcze raz cairo-dock. Dodatkowo w przypadku gdy przełączamy w tryb dwóch monitorów tworzymy przestrzeń wyłączoną z ruchu kursora.

Myślę, że takie informacje będą pomocne wielu ludziom, którzy przychodzą tu z pytaniem o dwa monitory dla Ubuntu czy dowolnego innego Linuxa. Mi się na pewno przyda w razie gdybym kiedyś jeszcze tego potrzebował ;)

Zmiany, zmiany…

Dzisiaj zmieniła się skórka strony. Oprócz skórki chciałbym poinformować o tym, że od niedawna walczę nie tylko z kodem pisanym na konwencjonalne procesory, które możemy znaleźć w komputerach. Teraz postanowiłem pokombinować trochę z mikrokontrolerami. Na początek – AVR Atmega8. Od dawna byłem zainteresowany tworzeniem własnych urządzeń elektronicznych, a już najlepiej jeśli potrafiłyby potem rozmawiać z komputerem celem osiągnięcia jakiegoś wyższego celu (np. świecenia diodą LED ;) ).

Początki były bardzo marne ponieważ nie mogłem się zebrać w sobie by kupić książkę i usiąść nad tematem. Z nieoczekiwaną pomocą przyszła kolejna studencka sesja egzaminacyjna. Niektórzy ludzie zamiast się uczyć sprzątają w domu, inni spotykają się ze znajomymi, a jeszcze inni… zaczynają poświęcać więcej uwagi na swoje niedoszłe hobby ;) Tak było w moim przypadku i po przescroolowaniu całych kilometrów stron internetowych traktujących o wykorzystaniu mikrokontrolerów udało mi się zrozumieć czego potrzebuję aby zacząć.

Nie chciałem kupować Arduino głównie ze względu na cenę, choć nie tylko. Co prawda mamy wówczas do dyspozycji bardzo dużo bibliotek i ogromne wsparcie ze strony użytkowników, ale ja wolę wiedzieć wszystko od początku. Przecież naukę pisania programów w C mam już dawno za sobą więc to nie stanowi bariery. Dlatego postanowiłem kupić jedynie luźne komponenty i zacząć zabawę po swojemu.

Za jakieś 50-60 zł kupiłem cale tony wszelkich komponentów elektronicznych na Allegro i jak przyszły od razu rzuciłem się do kombinowania. Na początku głównym zadaniem było w ogóle poprawne podłączenie mikrokontrolera i zaprogramowanie go. W Windowsie do programowania można używać pięknych zintegrowanych środowisk podczas gdy w Linuxie, na którym pracuję takich cudów nie ma. Jak się okazało – nie są one mi tak bardzo potrzebne (choć jestem pewien, że wielu początkującym mocno ułatwią pracę i oszczędzą nerwów). Pierwsze połączenia mikrokontrolera z programatorem ISP wyglądały tak:

Szybko jednak stwierdziłem, że mikrokontroler na płytce stykowej zajmuje za dużo miejsca (nie mówiąc już o tej plontaninie kabli… Po ładnych kilku chwilach lutowania na płytce prototypowej powstał wynalazek następujący:

No i w końcu samą płytkę stykową można było wykorzystać do bardziej zacnych celów:

Lojalnie ostrzegam, że od tej pory na blogu mogą pojawiać się treści związane tematycznie z elektroniką cyfrową :) Możliwe także (choć na to bym nie liczył :P ), że zwiększy się częstotliwość dodawania wpisów. Tak czy inaczej – ja mam dużo radości, z tego, że na wyświetlaczu mogę napisać coś od siebie ;) Jeśli komuś cisną się na palce pytania to nie krępujcie się i zadawajcie je w komentarzach.

Ubuntu – dwa monitory na nowo

Po obejrzeniu statystyk oglądania mojego bloga zauważyłem, że znaczna większość odwiedzających przychodzi tu z zapytania “ubuntu dwa monitory”. Kiedyś pisałem już o tym ale tamto rozwiązanie jest już co najmniej nieaktualne. Dzisiaj istnieje o wiele lepsze rozwiązanie – stworzone z myślą o laptopach, ale ja sam używam go na komputerze stacjonarnym z dwoma monitorami.

Wspomniane rozwiązanie nazywa się disper i jego strona domowa znajduje się tutaj: http://willem.engen.nl/projects/disper/. Aktualnie najnowsza wersja opatrzona jest numerem 0.3.0, ale działa już bardzo poprawnie. Cały projekt napisany jest w pythonie więc nie ma problemów z kompilacją i miliardem zależności do rozwiązania. Cała instalacja składa się z upewnienia się, że mamy Pythona i narzędzie make. Możemy to zrobić na przykład tak:

$ sudo apt-get install build-essential python2.7

Następnie ściągamy, makeujemy i instalujemy najnowszą wersję dispera (w moim przypadku 0.3.0):

$ wget http://ppa.launchpad.net/disper-dev/ppa/ubuntu/pool/main/d/disper/disper_0.3.0.tar.gz
$ tar zxvf disper_0.3.0.tar.gz
$ cd dispercur
$ make
$ sudo make install

To tyle jeśli chodzi o instalację. Teraz jak tego używać? Zacznijmy może od wyświetlenia pomocy programu, która już sama mówi wszystko co trzeba wiedzieć:

$ disper -h

Jeśli bardziej lubisz czytać strony man lub info to też są dostępne.

Poniżej przedstawię podstawowe komendy dispera wraz z krótkim opisem:

  • disper -l  - powoduje wyświetlenie wszystkich dostępnych monitorów oraz ich rozdzielczości
  • disper -s - wykorzystywany jest jedynie pierwszy monitor
  • disper -S - wykorzystywany jest jedynie drugi monitor
  • disper -e - wykorzystane oba monitory, jeden z nich jest rozszerzeniem ekranu (xinerama)
  • disper -c - klonowanie obrazu – na obu monitorach jest to samo
  • disper -C - przełącza cyklicznie pomiędzy powyższymi trybami (coś jak Fn+Fx w laptopach [x to liczba od 1 do 12 ;) ] )

Dodatkowo możemy też wyeksportować nasze ustawienia do pliku:

$ disper -p > ekran.conf

Lub zaimportować te ustawienia:

$ cat ekran.conf | disper -e

Jedną poważną zaletą używania dispera jest to, że zmieniamy tryby graficzne i nie musimy restartować serwera Xów. To znaczy po prostu tyle, że uruchomione programy nie zostają ubite w tym procesie i po zmianie ekranu możemy po prostu pracować dalej.

Mam nadzieję, że ten wpis pomoże ludziom trafiającym tu codziennie z problemami dotyczącymi obsługi dwóch monitorów. Oczywiście disper będzie działał w dowolnym innym Linuxie. Wystarczy mieć pythona oraz make’a, a to jest wszędzie.

Z tym postem muszę stwierdzić z zadowoleniem (ale też z lekkim smutkiem), że czasy kiedy siedziało się tygodniami przed Linuxem, żeby coś w nim uruchomić powoli się kończą. Powoli ;)

PS. Jeśli kogoś interesuje dlaczego “z lekkim smutkiem” to spieszę z odpowiedzią. Otóż może i siedzenie i grzebanie było czasami nużące i frustrujące, ale ostateczny sukces dawał ogromny zastrzyk samozadowolenia ;)

[Aktualizacja]

W moim opisie przy instalacji były błędy. Z niewiadomych przyczyn po ściągnięciu paczki zupełnie pominąłem krok rozpakowywania i przejścia do katalogu źródeł. Dlatego niektórym prezentowane  rozwiązanie mogło nie działać! ;)

[Aktualizacja 2]

Dodałem nowy wpis o bardziej zaawansowanym wykorzystaniu narzędzia disper: http://moriturius.wordpress.com/2012/03/09/ubuntu-dwa-monitory-disper-starcie-drugie/

Własny odtwarzacz audio/wideo w kilku linijkach

Aktualnie zajmuję się coraz intensywniej przygotowywaniem się do utworzenia projektu związanego z moją pracą magisterską (czy wręcz będącym jego podstawą ;) ). Jego kluczową częścią jest odtwarzanie multimediów dlatego dzisiaj sprawdziłem w jaki sposób najlepiej to ugryźć. Oczywiście im bardziej dostępne dla ludzi (wieloplatformowe) tym lepiej.

Na początek pomyślałem sobie, by napisać plugin do programu Totem. Jest to Linuksowy program do odtwarzania filmów i utworów. Kiedy rozpocząłem swoje poszukiwania odpowiednich tutoriali w tym temacie okazało się, jest z tym raczej krucho. Bardzo słaba dokumentacja i wsparcie od kogokolwiek skłoniła mnie jednak do poszukania czegoś innego.

Jak zwykle w takich sytuacjach pierwsze kroki kieruję w stronę Pythona. Po prostu wiem, że on potrafi zazwyczaj wszystko co potrzeba. W związku z tym, że jakiś czas temu uczyłem się PyQt4 pomyślałem, że może i to przyjdzie mi z pomocą.

Oczywiście nie zawiodłem się :) Okazało się bowiem, że Qt ma przepiękne wsparcie dla odtwarzania audio/video poprzez Phonon. Po kilku minutach przypatrywania się genialnej dokumentacji Qt (ma świetne przykłady) napisałem kilka linijek w interaktywnej konsoli Pythona i moim oczom ukazało się okienko z odtwarzaniem filmu! Linijki te wyglądały tak:

>>> import sys
>>> from PyQt4.QtGui import QApplication
>>> from PyQt4.phonon import Phonon
>>> app = QApplication(sys.argv)
>>> player = Phonon.VideoPlayer(Phonon.VideoCategory)
>>> source = Phonon.MediaSource(“/sciezka/do/pliku”)
>>> player.setVisible(True)
>>> player.play(source)

W ten sposób na ekranie pojawiło się proste okienko z odtwarzaniem filmu. Przy pomocy tego narzędzia można napisać prosty program, który uruchomiony z linii poleceń rozpocznie odtwarzanie filmu:

import sys
from PyQt4.QtGui import QApplication
from PyQt4.phonon import Phonon

if __name__ == '__main__':    
    app = QApplication(sys.argv)
    app.setApplicationName("Simple Video Player")
    player = Phonon.VideoPlayer(Phonon.VideoCategory)
    
    source = Phonon.MediaSource(sys.argv[1])
    player.play(source)
    player.setVisible(True)
    
    app.exec_()

W taki sposób możemy stworzyć prosty odtwarzacz. To jednak nie wszystko! W pakiecie dostajemy zupełnie za darmo odtwarzanie strumieni sieciowych. Jeśli do MediaSource podamy URL to player po prostu rozpocznie strumieniowanie i odtwarzanie filmu czy pliku dźwiękowego. Oczywiście podając URL statycznego pliku graficznego również ujrzymy go na ekranie. Problem pojawia się jedynie z przezroczystością w plikach PNG, ale do moich zastosowań zupełnie wystarczy mi to co działa dobrze.

Coraz bardziej się przekonuję o tym, że Python+Qt4 to duet nie do zastąpienia. Wszystko o czym pomyślę można osiągnąć pisząc w zasadzie bardzo niewiele linijek i na dodatek wszystko da się uruchomić na różnych systemach operacyjnych. Pięknie! :)

Ostatnie prace

Dawno nie zajrzałem, ani nie napisałem ;)

Wszystko dlatego, że specjalnie nie miałem o czym pisać ponieważ zajmowałem się głównie rzeczami uczelnianymi, a kto chce słuchać o podstawach sieci neuronowych albo javowych technologiach? ;)

W międzyczasie przypatrywałem się grze Minecraft. Mimo tego, że na pierwszy rzut oka wygląda okropnie (w sumie to na każdy następny rzut oka wygląda równie słabo), a gra nie ma za specjalnie celu wielu ludzi nie może zrozumieć dlaczego, w ogóle taka gra istnieje i ma się dobrze… Początkowo też nie byłem przekonany ale po jakimś czasie okazało się, że gra jest niezwykle grywalna! Niemały wpływ na taki stan rzeczy ma fakt, że świat zbudowany z klocków można całkowicie przemodelować przy użyciu kilofa, łopaty i siekiery (które trzeba najpierw sobie zrobić).

Tak czy inaczej nie chciałem zachwalać Minecrafta bo czy ktoś go lubi czy nie to już kwestia indywidualna. Postanowiłem stworzyć coś podobnego do Minecrafta tylko idącego w nieco innym kierunku bardziej skupiając się na drugiej części nazwy – craftingu. Oczywiście zanim będzie można zabrać się w ogóle za tworzenie czegokolwiek potrzebujemy głównie świata, w którym będziemy pracować ;) Bez tego ciężko pozyskać surowce.

W czasie świąt udało mi się zmusić silnik jMonkey Engine 3 do wyświetlania świata złożonego z bloczków. Efekt można podziwiać na poniższym screenie:

W chwili obecnej możliwe jest niszczenie i dostawianie bloków różnych typów. Dodatkowo ostatnim osiągnięciem jest oświetlenie per-blokowe ;)

Oświetlenie zrealizowane jest przy pomocy kolorów wierzchołków, które są mieszane z teksturą przy pomocy prostego pixel shadera. Brakuje tutaj porządnego algorytmu do zaciemniania miejsc zakrytych przed źródłem światła innymi blokami.

Ostatnimi dwiema rzeczami, które potrzebuję do osiągnięcia pełni szczęścia w tej chwili jest utworzenie generatora terenu, który potrafiłby “dogenerować” kawałki terenu jeśli byłby potrzebny oraz zaimplementowanie jakiejś prostej fizyki by móc się poruszać po świecie.

Do tej pory do fizyki używałem zintegrowanego z jME3 silnika fizyki jBullet, ale wydaje się to być trochę wyciąganiem armaty na muchę…. Pomijam już fakt, że przy zmienianiu geometrii świata trzeba też było generować na nowo CollisionShape dla danego kawałka terenu, a to zabiera kilka cennych kwantów czasu co jest niedopuszczalne! ;)

Tak więc… nie leniłem się ostatnio choć może tak to wyglądało kiedy nic nie pisałem :p Jeśli macie jakiś pomysł jak stworzyć generator terenu, który można tu wykorzystać to jestem otwarty na propozycje :)

Przypuszczam, że w przyszłości pojawi się jeszcze jakiś wpis na temat tworzonego przeze mnie… czegoś ;)

Szybkie wybranie utworu w MPD

W ostatnim wpisie pokazałem jak można szybko włączyć ulubioną listę utworów. Pod koniec napisałem, że można też pokombinować trochę i zrobić skrypt do wyboru konkretnego utworu z załadowanej już listy.

Okazało się to nieco bardziej kombinatorskie ale w końcu się udało :) Poniżej daję skrypt który pokazuje listę utworków i po wyborze jakiegoś zaczyna go odtwarzać:

#!/bin/bash

if [ -z `pgrep mpd` ]
then
 echo "MPD nie jest uruchomione!"
 exit 1
fi

UTWORY=$(mpc playlist | sed 's/\(.*\)/"\1"/' | awk '{print NR,$0}' )

CMD="zenity --title='Wybór utworu' --width=600 --height=600
 --list --column '#' --column 'Utwór' $UTWORY"
NUM=$(eval $CMD)

if [ -z $NUM ]
then
 exit 0
fi

mpc play $NUM

Szybkie włączanie playlist MPD

Korzystając z dzisiejszego dnia wolnego postanowiłem pogrzebać trochę w systemie. Uporządkowałem więc problemy z dźwiękiem, które pojawiły się po zainstalowaniu KDE. Problem był taki, że dźwięk mogła odtwarzać tylko jedna aplikacja w danej chwili. Rozwiązanie było dość proste bo wystarczyło zainstalować PulseAudio i przekierować na niego cały dźwięk.

Tak czy inaczej pomyślałem sobie, że fajnie byłoby móc szybko wybrać sobie szybko playlistę utworów i zacząć ją odtwarzać najszybciej jak się da. Kto lubi czekać aż włączy się program do odtwarzania muzyki? Jasną jest sprawą, że prędkość zależy od programu :) W tej sprawie Music Player Daemon [MPD] jest nie do pobicia. Głównie dlatego, że jest to jedynie serwer dźwięku bez żadnego graficznego zatem nie ładuje żadnych zbędnych bibliotek. Prawdę mówiąc to działa dokładnie jako serwer i jedyna możliwość jego obsługi to podłączenie się do niego poprzez program klienta. Klientów jest bardzo wiele. W większości są to programy używające jakiegoś ładnego GUI co sprawia, że są wygodne i działają w sumie podobnie do zwykłych programów do odtwarzania audio jak Windows Media Player, Amarok czy Rhythmbox [oraz wiele innych :) ].

Najbardziej interesujące jest jednak narzędzie konsolowe do obsługi tegoż serwera. Działa natychmiastowo zatem włączenie serwera i rozpoczęcie odtwarzania muzyki to kwestia kilku poleceń. Ale co szybszego jest w odpalaniu konsoli i wklepywaniu poleceń? NIC! Dlatego trzeba to trochę zautomatyzować by było lepiej i wygodniej. Prowadzi do tego bardzo długa droga składająca się z dwóch kroków:

  1. Utworzenie pliku uruchamiającego demona mpd (jeśli jeszcze nie działa) oraz wyświetlającego wszystkie nasze playlisty.
  2. Dodanie globalnego (dla systemu) skrótu klawiszowego do uruchomienia tego skryptu.

Najpierw należy utworzyć skrypt gdzieś na domyślnej ścieżce wyszukiwania systemu. Ja dodałem do zmiennej PATH katalog ~/.bin dzięki czemu wystarczyło utworzyć plik:

touch ~/.bin/mpdplaylist
chmod +x ~/.bin/mpdplaylist

Do pliku wpiszmy kilka poleceń:

#!/bin/bash

MPDPID=`pgrep mpd`
if [ ! -z $MPDPID ]
then
 echo Uruchamiam mpd...
 mpd
fi

LISTY=`mpc lsplaylists`
LISTA=`zenity --list --text "Proszę wybrać listę:" --column "Listy" $LISTY`

if [ -z $LISTA ]
then
 exit
fi

mpc clear
mpc load $LISTA

mpc shuffle
mpc play

W powyższym skrypcie najpierw sprawdzamy czy jest uruchomiony MPD. Jeśli nie to go uruchamiamy. Jeśli tak to pobieramy wszystkie playlisty oraz wyświetlamy okienko, w którym będziemy mogli wybrać tę do odtwarzania. Jeżeli lista nie zostanie wybrana to nic nie zmieniamy i kończymy skrypt.

Później czyścimy aktualną listę odtwarzania i ładujemy wybraną. Na koniec mieszamy utwory (aby nie słuchać ich zawsze w tej samej kolejności) i uruchamiamy odtwarzanie.

Ostatnim krokiem do szczęścia jest ustawienie globalnego skrótu klawiszowego. W KDE4 należy uruchomić Ustawienia Systemowe > Skróty i gesty >Własne skróty i tam dodać odpowiedni skrót uruchamiający nasz skrypt.

W efekcie otrzymujemy okienko:

WAŻNE: do działania skrypt potrzebuje programu zenity!

Takie rozwiązanie sprawy pozwala niemalże natychmiast rozpocząć odtwarzanie ulubionych utworów. W razie gdybyśmy chcieli posłuchać innej playlisty wystarczy znów wcisnąć skrót i wybrać ją z proponowanych.

Można by jeszcze utworzyć podobny skrypt tylko do wyświetlania wszystkich utworów na danej playliście żeby skoczyć do odtwarzania go. Wówczas dałoby się powiedzieć, że sam system działa jak odtwarzacz multimediów… Zwłaszcza jeśli połączy się go z przełącznikiem utworów na pasku zadań  ;)

Jak wywołać z Javy konkretną funkcję skryptu JavaScript

Wczoraj opisałem trochę w jaki sposób można wykonać skrypt JS używając silnika Mozilla Rhino. Wczoraj byłem tak podekscytowany tym, że wreszcie mi się udąło, że zapomniałem napisać z czego właściwie korzystałem ;)

Tak czy inaczej samo wykonanie skryptu to jeszcze nie wszystko. Gdybyśmy chcieli mieć w grze wiele różnych obiektów wykonujących kilka zadań w zależności od potrzeb to musielibyśmy dla każdej funkcji pisać osobny plik skryptu. Ani to wygodne, ani eleganckie dlatego też warto było poświęcić wczoraj kilka chwil na zastanowienie się w jaki sposób wywoływać po nazwie funkcje JS z kodu Javy.

Aby to osiągnąć najpierw trzeba załadować skompilowany skrypt tak jak w ostatnim poście.

URL[] urls;
urls = new URL[] { new File('/home/morti/NetBeansProjects/RhinoJS/scripts').toURI().toURL() };
URLClassLoader loader = new URLClassLoader(urls);
Class cl = Class.forName('Base', true, loader);

Script scr = (Script) cl.newInstance();

Następnie należy utworzyć/pobrać kontekst wykonywania oraz przestrzeń:

Context cx = Context.enter();
Scriptable scope = cx.initStandardObjects();

Na stronie o silniku RhinoJS nie rozwodzili się przesadnie nad tym czym jest kontekst ale dość jasno zaznaczyli, że ma on występować jeden na wątek. Na szczęście funkcja enter() załatwia wszystko za nas. Jeżeli w tym wątku nie ma jeszcze kontekstu to zostanie utworzony a jeśli jest to zostanie pobrany i zwiększony jego licznik referencji. Skoro jest licznik referencji to pewnie trzeba też jakoś informować o oddaniu obiektu no i rzeczywiście: mamy metodę Context.exit().

A do czego te przestrzenie? No cóż. Służą one głównie do przechowywania środowiska wykonywania skryptu (np. zdefiniowanych zmiennych oraz ich wartości). Możemy mieć takich przestrzeni ile dusza zapragnie no i dobrze :) Cała sztuczka polega na tym, że dla każdego obiektu w grze będziemy mieli jedną przestrzeń, która będzie przechowywała stan zmiennych oraz treści funkcji. Za chwilę postaram się wytłumaczyć dlaczego tyle tych scopów będziemy potrzebować. Najpierw jednak dam następny fragmencik kodu:

scr.exec(cx, scope);

Być może dla niektórych jest już jasne dlaczego potrzebujemy wiele przestrzeni. Napiszę jednak, aby wszyscy mogli wyciągnąć z tego tekstu wartościowe informacje :) Jak widzimy powyżej należy wykonać załadowany skrypt. Trzeba wykonać ten krok aby zdefiniować w przestrzeni funkcje. Jeśli będziemy mieli wiele obiektów używających skryptów tej samej postaci (z tymi samymi nazwami funkcji) to gdybyśmy zdefinoiwali je wszystkie w jednej przestrzeni to tylko funkcje ostatniego skryptu byłyby wykonywane dla wzsystkich gdyż nadpisałyby one definicje poprzednich skryptów. Dlatego każdy obiekt w grze powinien mieć włąsną przestrzeń wykonywania skryptu.

Jak dotąd w sumie zrobiliśmy to samo co w ostatnim poście z tą różnicą, że dziś na tym nie skończymy ;) No i oczywiście opisałem nieco znaczenie kilku wymaganych linijek. W całym kodzie trzeba oczywiście jeszcze umieścić odpowiednie bloki try{..} catch(…) ale nie używam tego tutaj ponieważ utrudniłoby to tylko czytanie przykładów.

Ostatnią rzeczą, którą trzeba wykonać jest pobranie obiektu funkcji z przestrzeni oraz wywołanie jej z podaniem parametrów:

Object fObj = scope.get('NazwaFunkcji', scope);
if(fObj instanceof Function) {
	Function f = (Function)fObj;

	result = f.call(cx, scope, scope, new Object[] {'Argument1', new Integer(44), arg3});
	System.out.println('Result: ' + result);
}

Powstaje naturalne pytanie dlaczego podajemy aż 2 razy scope skoro na zdrowy rozum możnaby go nie podawać wcale! Pobraliśmy przecież obiekt z tej przestrzeni więc o co tu chodzi. No cóż. chcąc być do końca szczerym to powiem, że nie zagłębiałem się w te przestrzenie tak mocno aby potrafić udzielić zadowalającej odpowiedzi. Mogę jedynie wkleić opis z dokumentacji:

java.lang.Object call(Context cx,
                      Scriptable scope,
                      Scriptable thisObj,
                      java.lang.Object[] args)

    Call the function. Note that the array of arguments is not
    guaranteed to have length greater than 0.

    Specified by:
        call in interface Callable

    Parameters:
        cx - the current Context for this thread
        scope - the scope to execute the function relative to. 
                This is set to the value returned by getParentScope() 
                except when the function is called from a closure.
        thisObj - the JavaScript this object
        args - the array of arguments 
    Returns:
        the result of the call

Być może komuś pryda się opisany tutaj sposób na wywołanie funkcji ze skompilowanych skryptów JavaScript. Może ktoś wie coś więcej i potrafi dodać coś do tematu? Ja z pewnością skorzystam z umiesczenia tutaj tego przykładu bo nie będę musiał go szukać w kodzie ;)