Dystrybucje

Korzystając z wolnego czasu postanowiłem sprawdzić jak radzą sobie najbardziej znane (przynajmniej moim zdaniem) dystrybucje Linuksa. Pamiętam swoje początki z tym systemem operacyjnym – wówczas byla to dystrybucja RedHat 9. Od tamtego czasu sporo się zmieniło…

Fedora

Na pierwszy ogień postanowiłem puścić Fedorę. Po zainstalowaniu ładnie wykryła sieci bezprzewodowe co zasługuje niewątpliwie na ogromny plus gdyż nawet Ubuntu miał z moją kartą sieciową problemy, które znikły dopiero w najnowszej dystrybucji. Na początek chciałem zainstalować Gnome-Do. Świetne narzędzie do wszystkiego dla użytkowników środowiska GNOME. Po zainstalowaniu okazało się, że nie ma tam żadnych wtyczek (w Ubuntu były zainstalowane z programem). Postanowiłem więc poszukać wtyczek które mnie interesowały. Kilka godzin i milion prób później wciąż nie miałem wtyczek… Porzuciłem więc ten pomysł i postanowiłem przyjrzeć się reszcie systemu.

Zauważyłem, że w Fedorze bardzo duży nacisk kładziony jest na bezpieczeństwo. To cud, że aby ruszyć myszą nie trzeba wpisywać hasła root’a… Co prawda jest to trochę uciążliwe, ale w końcu bezpieczeństwo jest bardzo ważne…

Była jednak pewna rzecz (oprócz irytującego braku wtyczek do gnome-do), która sprawiła, że postanowiłem więcej nie dotykać tego systemu – instalator programów/pakietów. Mimo iż pomysł z kolejkowym dostępem do blokady operacji „na”programach” przypadł mi do gustu to wyszukanie pakietu, który mnie interesował w repozytoriach graniczyło niemalże z cudem – nawet jeśli mniejwięcej znałem nazwę samego pakietu…

Fedora początkowo zrobiła na mnie niezłe wrażenie, ale o przyjazności użytkownikowi chyba jeszcze niewiele słyszała (chociaż z drugiej strony ma interfejs grafizcny 😉 ). Jednak po kilku ładnych godzinach klikania i sprawdzania i kombinowania stwierdziłem, że nie jest to system z którym chciałbym żyć na codzień… Postanowiłem spróbować czegoś innego…

OpenSUSE

Następny w kolejce był znany mi już od jakiegoś czasu OpenSUSE. Od naszego ostatniego spotkania poczynił niesamowite postępy. Zaskoczyło mnie trochę, że i on nie miał problemów z rozpoznaniem mojej karty sieciowej i wykryciem sieci bezprzewodowych. Kiwając z uznaniem głową postanowiłem zainstalować sobie na początek sterowniki do karty graficznej. Przyznam się, że trochę się przy tym namęczyłem, ale wszystko przez mój niedobry pośpiech i niechęć do czytania instrukcji 😉 Gdyby nie to prawdopodobnie nie sprawiłoby mi to kłopotu. Tak czy inaczej po godzince czy dwóch miałem już zainstalowane sterowniki NVidii do mojej karty i z zapałem ruszyłem psuć inne rzeczy.

Następną rzeczą jaką musiałem zrobić było włączenie odtwarzacza muzyki. Tutaj domyślnym okazał się być mój ulubiony Banshee (zatem plus dla susła 🙂 ). Niestety okazało się, że nie chce mu się odtwarzać mp3. Okazało się, że brakowało mu codeców, które w Ubuntu są instalowane domyślnie. Nie było ich i pewnie nigdy nie będzie w domyślnej instalacji systemu ponieważ wówczas kolidowałoby to z częścią Open nazwy tegoż systemu 🙂 Po zgooglowaniu problemu okazało się, że wystarczy ściągnąć i uruchomić jeden mały pliczek i reszta zrobi się za mnie. Tak się stało i po restarcie komputera mogłem się cieszyć moimi ulubionymi utworami wypełniającymi przestrzeń.

Tak świetnie przygotowany do dalszej pracy rozpiąłem guzik pod szyją w moim T-Shirt’cie bez guzików i ruszyłem instalować Netbeansa. Tutaj troszeczkę się rozczarowałem. Netbeans w repozytoriach był w wersji 5.0 (najnowsza to 6.5 czy nawet 6.7) , a po instalacji i uruchomieniu straszliwie wolno pracował. Pomyślałem wówczas: „Hmm… OpenJDK”. Ściągnąłem więc i zainstalowałem najnowsze JDK od SUNa. Następnie ściągnąłem najnowszego Netbeansa z internetu i (po uprzednim odinstalowania tego z repów) zainstalowałem go na dysku. Po uruchomieniu śmiga równie pięknie jak pod znanym i lubianym przez wszystkich systemem.

Dalszych testów już właściwie nie robiłem bo postanowiłem, popracować trochę z tym systemem i przyjrzeć mu się dokładniej. Jeśli zauważę jakieś ogromne niedogodności czy coś godnego uwagi to napiszę o tym na tym blogu.

Podsumowanie

W podsumowaniu chciałbym przyrównać te systemy do najbardziej mi obecnie znanego Ubuntu. Wspomniana na początku Fedora nie ma szans aby równać się z łatwością użytkowania potomka Debiana, ale za to jest mnie idiotoodporny, a co za tym idzie – bardziej konfigurowalny. Właściwie nei ma co tu porównywać gdyż Fedora nigdy nie mówiła, że ma zamiar być najbardziej popularną i łatwą w użyciu dystrybucją. Polecam ją ludziom, którzy nie boją się wyzwań (a uważają, że Gentoo to trochę za głęboka woda 😉 ).

Jeśli chodzi o OpenSUSE to w łatwości użytkowania również przegra z Ubuntu i nie poleciłbym go całkowicie początkującym. Jest jedna rzecz, która ogromnie przypadła mi tutaj do gustu. Ustawianie zmiennych systemowych. O ile korzystając z Ubuntu męczyłem się z ustawieniem jednej zmiennej przez kilka dni przeszukując fora, na których każdy miał 100 pomysłów i żaden tak do końca nie skutkował to tutaj wszedłem zagooglowałem o ustawianiu zmiennych systemowych i zaraz dowiedziałem się, że jeśli chodzi o jednego użytkownika to wystarczy ustawić .bashrc w jego katalogu domowym, a globalnie – dodać exportowanie zmiennych w pliku /etc/bash.bashrc.local . Tak to na prawdę takie proste 😉

Reklamy

2 myśli nt. „Dystrybucje

  1. uzywalem i suse i fedore przez jakis czas, kiedys byl mandrake i knoppix, ale zawsze wracam do fedory… ale aktualizacje to porazka… prawie codziennie masa poprawek do zainstalowania. z ubuntu bylo kilka podejsc: 6, 7, 8, ale jak dla mnie jest koszmarnie wolny 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s